Powrót do biegania

Jestem przekonany o słuszności naukowych twierdzeń na temat ocieplenia klimatu i katastrofalnych zmian, które to zjawisko pociągnie za sobą. Już teraz zaczynamy odczuwać brak pośrednich pór roku (była w 2019 roku w ogóle wiosna?), co dla nas biegaczy może być dotkliwe, bo treningi w upale i mrozie nie są ani przyjemne ani efektywne. A powrót do biegania latem, podczas upałów, jest trudniejszy niż późną jesienią.

Po Maratonie lubelskim miałem w planie porządnie odpocząć, więc przez aż 4 tygodnie (to chyba bardzo długo, ale i okres jesienno-zimowy był wymagający) biegałem tylko gdy miałem czas, była odpowiednia pogoda, a dodatkowo gdy miałem ochotę na bieganie. W rezultacie biegałem w kratkę. W którymś tygodniu pobiegałem cztery razy pod rząd, w minionym założyłem buty tylko dwa razy, ale zdarzył się i tydzień z jednym truchtaniem. Do tego trochę niespiesznych przejażdżek rowerowych z Julianem. Aktywność fizyczna na bardzo niskim poziomie (Garmin zliczający aktywne minuty pokazał w jednym z tygodni poniżej 200, podczas gdy w szczycie sezonu regularnie przekraczałem 1000, dochodząc do ponad 1300). W ten sposób uniknąłem fali upałów, która – mam nadzieję – minie w momencie powrotu do biegania, na początku mojego pierwszego tygodnia treningowego.

Kiedy nie ma biegania – zyskują inne aktywności.

Logistyka latem

Tygodni będzie w sumie 18, a na ich zakończenie planuję pobiec szybki maraton. Jeszcze nie postanowiłem gdzie, ale wiele wskazuje na to, że będzie to Poznań. To czego najbardziej się boje to właśnie pogoda, bo biegając codziennie potrzebna jest logistyczna żonglerka, wciskanie treningów pomiędzy różne zajęcia. A kiedy na zewnątrz jest „plus 30” trening staje pod ogromnym znakiem zapytania. W zimie jednak jest łatwiej – w minionych miesiącach pogoda nie pokrzyżowała mi chyba żadnego dnia treningowego. W lecie to ryzyko znacznie wzrasta ze względu na upały. Jeśli dodać do tego wakacje i wyjazdy, to dochodzę do wniosku, że okres letnio-jesienny jest dużo trudniejszy do trzymania reżimu treningów.

Bagaż z wiosny

Kiedy wyszedłem dziś rano potruchtać po lesie zastanawiałem się ile zostało ze świetnej formy, którą miałem na początku maja. Wiadomo, że w treningu musi być element burzenia i cofania się aby wejść jeszcze wyżej. To jak niezbędna aklimatyzacja w wysokich górach. Jednak zawsze mi szkoda, kiedy muszę biegać pierwszy zakres o 20-30 sek wolnej niż przed roztrenowaniem. Tak jest właśnie teraz. Pierwszy zakres – a więc podstawowe narzędzie w treningu długodystansowym – biegam dziś po 5:00-5:10 min/km, podczas gdy miesiąc temu zdarzało mi się schodzić poniżej 4:40 min/km. To przepaść i będę z ciekawością obserwował ile tygodni zajmie mi powrót do biegania z prędkością w granicach 4:50-4:45 min/km. Podobnie jest na pewno z drugim zakresem – tutaj, jak podejrzewam „straty” są jeszcze większe.

Tak rodzi się plan. Bieganie to liczby!

Plan

Wszystko mam już rozpisane i przeliczone. Powrót do biegania zaplanowałem na 17 czerwca. Przede mną 18 tygodni. Treningi 7 dni w tygodniu. Dystans w przedziale 90 – 120 kilometrów na tydzień. W międzyczasie zawody na 10 km, jeden lub dwa półmaratony. Pod koniec października maraton, podczas którego chciałbym ustanowić nową życiówkę. Taki jest plan. Już w najbliższy poniedziałek ruszam więc na pierwszy z 126 treningów (biorąc pod uwagę, że średnio jeden trening trwa u mnie w tym sezonie 70 min, spędzę na bieganiu ponad 6 dni z najbliższych 5 miesięcy). Pewnie będzie ich mniej, bo – jak pisałem przeszkodzą wakacje, czy sprawy losowe. Jednak ta liczba pokazuje ile pracy planuję włożyć w osiągnięcie dobrego maratońskiego rezultatu. Wiem jednak, że ta inwestycja przyniesie zysk. Będzie żmudna i długa, ale powinna zaprocentować.

Powrót

Powrót do codziennych treningów, to chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy w bieganiu. Przez pierwsze dwa – trzy tygodnie trzeba wcisnąć się w „kierat” i zmuszać do wychodzenia. Z dnia na dzień jest coraz łatwiej, chociaż z drugiej strony treningi będą wydłużały się i stawały bardziej wymagające. Ale potem nadchodzi taki dzień, że odpalasz. Wychodzisz biegać i staje się to tak naturalne jak poranny prysznic. Zamieniasz się w robota do biegania i wiesz, że wszystko jest na dobrych torach.

Zastanawiam jak zniosę tę drugą część sezonu zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W pierwszej osiągnąłem dużo i nie mam już takiego głodu sukcesów. Nie mam też przed sobą wyzwania, jakim był dla mnie Wings For Life. Nie ma więc aż takiej motywacji do pracy – a raczej, muszę szukać jej gdzie indziej. Na szczęście od zawsze fascynuje mnie nie tyle cel na końcu drogi, ile sama droga, pokonywanie kolejnych etapów, rozwój. Nie biegając, czuję jak wiele daje mi regularny trening – jak świetnie stymuluje, spina dzień, pobudza do innych aktywności. I chociaż kosztuje czasem bardzo wiele, widzę dokładnie jak warto zainwestować w siebie w ten właśnie sposób. Do zobaczenia na rozgrzanych letnich ścieżkach biegowych!