Ultra Roztocze 120km

Wybiegam zza zakrętu i ku mojemu zdziwieniu jestem na jakieś podnoszącej się do góry plaży w lesie, na której końcu widzę kapliczkę i klęczącą przy niej kobietę.  Kilkadziesiąt kilometrów wcześniej przebiegałem obok… mszy. Nieźle jak na jeden dzień z życia ateisty. Kiedy dobiegam do kapliczki okazuje się, że trasa wiedzie w górę po schodach. Po najbardziej stromych i wysokich schodach jakie dziś widziałem. Jęczę na myśl o tym co mnie na nich zaraz czeka, a klęcząca kobieta aż odwraca się przerywając  swoje sprawy. Ruszam pod górę i choćbym bardzo chciał nie daję rady wziąć tych schodów „na raz”. W 2/3 bardzo krótki przystanek żeby złapać oddech, ale zaraz ruszam – bo jedyny mój cel to za kilka kilometrów skończyć już Ultra Roztocze 120km. Nie biec.

Jestem rzadkim gościem na biegach w terenie. W zasadzie nie trenuję poza asfaltem – czasami zdarzy mi się obiec świdnicki las, raz lub dwa razy do roku pobiegam w Starym Gaju (który jest coraz mniej terenowy), czasem zboczę w jakieś pola. Ale nie eksploruję, jak moi koledzy i koleżanki, okolic Parchatki, a gdy jeżdżę w Bieszczady to spokojnie po nich chodzę. Wstyd przyznać, ale w Parchatce – która jak rozumiem jest pewnego rodzaju Mekką biegaczy z naszych okolic – w ogóle nigdy nie byłem. Raz kilka lat wpadam jednak na pomysł żeby zrobić  coś dłuższego poza asfaltem. Na szczęście wpadam na ten pomysł rzadko.

Kilka lat temu, będąc na weekendowym wypadzie z rodziną nad Tanwią, zobaczyłem bieg. Ultra Roztocze. I od tamtego czasu gdzieś po głowie chodził mi ten pomysł. W pandemicznym roku wpisał się idealnie – jeden, ale konkretny start. I dlatego stoję z setką (?) innych biegaczy o 4:00 w Krasnobrodzie. Start. Biegniemy.

Od razu uprzedzę,  że nie będę opisywał tego biegu detalicznie. Jego schemat był w moim przypadku taki: pierwsze 30km dość wolno i ostrożnie, bo wziąłem starą czołówkę i niewiele widzę – muszę trzymać się innych. Potem 30km za mocno, bo dobrze mi się biega z doświadczonymi biegaczami, którzy ultra wciągają na śniadania. Potem 20km kryzysu, podczas którego myślę całkiem poważnie żeby zejść z trasy (na szczęście również rozmawiam o tym z doświadczonymi biegaczami i mi wybijają to z głowy), a dodatkowo dwa lub trzy razy się gubię. I wreszcie przed Suściem (91km), najpierw leżę po raz drugi na glebie, bo nie zobaczyłem wystającego korzenia, a potem krok po kroku łapię rytm.

Łapię rytm, nawet na punkcie odżywczym. Wszystko mi smakuje, nie siedzę zbyt długo, ruszam. Wybieg z Suścia, podejście pod górę, pola. Pola, na których widzę człowieka w kilcie. Wiem, że jest z mojego dystansu i wiem, że jak go wyprzedzę to będę na pewno w pierwszej dziesiątce. Razem z nim biegnie dziewczyna – również z mojego dystansu. Nie mam zbyt wielkiej ochoty się ścigać, bo przyjechałem tu wyłącznie ukończyć  ten dystans, ale człowiek w kilcie zaczyna się odwracać i wyraźnie przyspiesza. Póki mogę, przyspieszam i ja. Do końca jest jakieś 25 km – mamy przed sobą jeszcze masę czasu, a ja na razie czuję się nieźle, chociaż przewiduję, że kryzys powróci i będę się czołgać do mety.

Pościg za kiltem

Biegnę i dość łatwo doganiam dziewczynę. Mówi, że kolega ucieka przede mną. Ja mówię, że uciekam przed zmierzchem, bo mam słabą czołówkę i jeśli zmrok dopadnie mnie w lesie to będzie słabo. Póki co mój konkurent ciśnie dobre 500 metrów przede mną, a ja przechodzę w marsz żeby zjeść kolejny żel (pochłonąłem w sumie 13 szt. nie wiem jak mój żołądek to przeżył). Tracę go z oczu, cisnę najszybciej jak mogę, ale  najważniejszym jest dla mnie, że mogę odcinać kolejne kilometry do mety. I te kolejne kilometry nie przynoszą kryzysu. Czuję nawet, że mogę biec coraz dłuższe dystanse i zaczynam podbiegać pod co drugą górkę (wcześniej raczej podchodziłem). Mijam jakiś zalew, na parkingu ludzie biją mi brawo, a ja widzę kątem oka kilt. Teraz już doganiam konkurenta, który mówi, że ma kryzys. Ja po chwili biegnę dalej i cały czas potem będę przekonany, że zaraz ktoś tak samo mnie wyprzedzi.

Ta cała rywalizacja nie jest najważniejsza. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia poza jednym – pozwala mi zająć czymś myśli, skoncentrować się na jak najszybszym biegu i nie czuć, że jest ciężko. Pozwala mi szybciej przemieszczać się. I to jest w niej świetne. Dzięki niej łapię jeszcze szybszy rytm. Więc uciekam przed niewidzialnym przeciwnikiem, ale kilka kilometrów  przed metą – gdy zapada już zmrok (a ja wciąż jestem w lesie i mantruję: nie wywrócić się i nie zgubić trasy –  nie wywrócić się i nie zgubić trasy…)  widzę przed sobą błysk czołówek. Nie wiem czy to moi konkurenci czy inny dystans, ale znów mam kogo gonić. Więc robię to. Kilkaset metrów po wybiegnięciu z lasu, na zbiegu do Krasnobrodu, mijam ich – najpierw dziewczyna z 120km, potem chłopak z 90km. Dużo wcześniej, jeden z mijanych  zawodników krótszego dystansu powiedział mi, że chyba już nikogo nie dogonię, bo liderka wśród kobiet ciśnie bardzo mocno. A jednak właśnie ją minąłem….

Lecę w dół, wpadam na asfalt. Na liczniku mam prędkość w okolicach 5:10 min/km i po prostu cisnę jak mogę. Jeszcze jakieś 2 kilometry. Wbiegam na pętlę wokół zalewu w Krasnobrodzie, jest już ciemno, ale wiem, że zaraz to skończę. Chociaż czuję się tak dobrze, że gdybym miał pobiec jeszcze maraton, to bym pobiegł. Wpadam na metę, dostaję kieliszek bimbru, kończę. 7 miejsce. Zrobiłem to co chciałem.

To z czego dziś jestem naprawdę dumny to odcinek Susiec – meta (w sumie około 30 km). Patrząc po międzyczasach zrobiłem go najszybciej ze wszystkich zawodników Ultra Roztocze 120km. To niewiarygodne, ale zrobiłem to nawet szybciej niż zwycięzca. Przebiegłem końcówkę szybciej niż Darek Pietrzyk, który był oczko przede mną i pobiegł ten bieg jak zawodowiec, fenomenalnie. Do tego świetnie się czułem na tej końcówce, miałem „flow”, działałem jak maszyna i dobrze się bawiłem. Przy moim kompletnym braku treningów w terenie i doświadczeniu z dwóch tego typu biegów przez… 13 lat jestem bardzo zadowolony z siebie.  To co działo się między Suścem a Krasnobrodem będzie moją największą nagrodą – wspomnieniem świetnej zabawy. I przyznam szczerze, że mam ochotę na coś jeszcze w tym roku…