Winter is coming!

Nie piszę od dłuższego czasu, ponieważ… biegam. Powtarzam, biorąc rzecz bardzo ogólnie, trening zimowo-wiosenny, jednak robię to bardziej konsekwentnie. Cel jest jeden: życiówka w Poznaniu, za trzy tygodnie. Moje treningi biegowe przed maratonem są dla mnie ciągłym źródłem pytań o formę przed nadchodzącą bitwą. Jak w powieści „Gra o tron” – idzie zima i trzeba się do niej przygotować jak najlepiej.

Kiedy wybiegam rano na trening muszę decydować: na krótko czy na długo. I to jest w zasadzie jedyna rzecz jaka zmienia się w ostatnich dniach. Bo trening idzie swoim torem – 7 dni w tygodniu. Ostatnią przerwę – wymuszoną trochę podróżą – zrobiłem 1 września, a dziś jest 1 października i wieczorem planuję lekkie kilkunastokilometrowe rozbieganie. Oczywiście czuję zmęczenie, ale to ten moment kiedy do maratonu zostało już bardzo niewiele, kiedy zaczynam powoli ograniczać objętość i czuję, że jestem mocny.

Jak jest? Nie wiem!

To czego już nie czuję (a może powinienem?) to progres. O ile w sierpniu, czy na początku września biegałem z treningu na trening coraz szybciej – to teraz nie jest już to tak odczuwalne. Szczególnie II zakres ustabilizował się na poziomie w granicach 4:10 (+/- 4 sek). Powtarzane co tydzień 30km, w trakcie których robię 2/3 w II zakresie nie zrobiło się bardzo lekkim treningiem (chociaż nie przeraża już tak jak na początku). Trochę lepiej jest na szybkich odcinkach na bieżni – tutaj rzeczywiście jest stały wzrost szybkości. Niewielki, ale wciąż czuję, że z tygodnia na tydzień interwały idą mi dobrze (najkrótsze to 10x1km, najdłuższe 3x3km). Eksperymentuję z przerwami, ale wiem, że jestem na ścieżce wzrostu. Szybkości podstawowego, pierwszego zakresu zależą chyba w największym stopniu od zmęczenia, dnia i warunków, więc na ich podstawie trudno mi stwierdzić w jakiej dyspozycji jestem – czasami biegam po 5:00min/km, a innym razem po 4:35min/km.

Jak widzicie, to jest w tej chwili mój podstawowy problem: brak pewności czy wszystko poszło dobrze. Ale sądzę, że tej pewności nie będę miał aż do mety w Poznaniu. Wiem, że jestem mocny, ale czy to wystarczy, żeby pobiec bardzo szybko maraton?

Z pucharem za 5. miejsce w Grand Prix Lublina w sezonie 2018/19
i prezesem Marcin Bielskim

Półmartaon, którego nie było

Pierwszy sprawdzian poszedł nieźle – „półmaraton” w Tomaszowie Lubelskim pobiegłem świetnie do 20 kilometra. Potem lekko mnie „poskładało”, ale podejrzewam, że wpływ miała na to świadomość, że biegnę do mety, która będzie dużo wcześniej niż dystans półmaratonu. I mimo niezłego wyniku (1:20:03 netto, 10 msc. OPEN, 2 msc. M40 i 1 msc. wśród samorządowców) nigdy więcej nie wrócę do Tomaszowa na trasę i nie polecam nikomu tego biegu. Przynajmniej dopóki nie będzie to trasa atestowana. „Półmaraton” był krótszy o dobre 600m, więc cała zabawa była co najmniej niepoważana. A organizatorzy na mecie, którzy kłócą się z biegaczami, że „przecież nic się nie stało” i „trzeba mieć szacunek dla tych co pobiegli” to już kompletna porażka. Pamiętacie Maraton, którego nie było ? – w jego przypadku organizatorzy przynajmniej przeprosili i przyznali, że doszło do pomyłki. Przed zapisaniem się na zawody trzeba zawsze sprawdzać czy trasa jest atestowana, bo jeśli nie, mogą – i raczej zdarzą się – takie sytuacje jak w Tomaszowie.

Kolejny sprawdzian przede mną w najbliższą sobotę. Kultowa dycha nad Zalewem Zemborzyckim. To tutaj zrobiłem wiosną życiówkę, do której teraz będę chciał się zbliżyć. Czy uda się pobiec tak szybko? Nie wiem, ponieważ biegnę te zawody „z treningu” – nie przygotowuję się do nich specjalnie, a jedynie zmniejszam delikatnie objętość w piątek i sobotę poprzedzające start. Nie jest to priorytet, a sprawdzian, po którym czeka mnie kilkanaście dni do maratonu w Poznaniu. Wiem, że na tym etapie niewiele da się już wytrenować. Za mną najcięższy rok w mojej biegowej historii, a przed nami zima. Czuć ją już w powietrzu każdego ranka. Nadchodzi.

Dodaj komentarz