Warszawska ściana

Teraz, kiedy już wiem jak się to skończyło, mogę zgadywać. Dlaczego rozbiłem się o warszawską ścianę? Co poszło nie tak? I to wciąż jest zgadywanie. Czytając więc relację musicie pamiętać, że przede wszystkim piszę ją przez pryzmat porażki. Gdyby wynik był inny, z pewnością wyglądałaby ona inaczej. Ale od początku.

Wstając rano w sobotę czułem lekki ból nóg. Teraz wydaje mi się to oczywiste, ale wtedy przez chwilę przeszło mi przez myśl, że może nie odpocząłem wystarczająco. Cały tydzień zresztą miałem gdzieś z tyłu głowy ten wypoczynek, napisałem o tym nawet w piątkowym krótkim wpisie na blogu. Ale myśleć o czymś, a wyciągnąć z tego wnioski to jak się okazuje dwie różne sprawy.

W środę jak osioł cisnąłem na bieżni 800-tki, bo tak miałem w planie. Mimo drobnej infekcji i zmęczenia przekonałem sam siebie w trakcie treningu żeby nie odpuścić ani jednej, żeby zrobić 8 a nie na przykład 6. W piątek na rozruchu nie czułem się jakoś specjalnie świeży, ale również nie sprawiło mi trudności to co miałem w planie. A w sobotę rano bolały nogi.

Jedyna pozytywna chwila warta wszystkiego zdarzyła się właśnie w sobotę. Julek biegł wcześniej mini maraton na dystanse 400 m i zajął w swojej turze 3. miejsce! Przebiegł okrążenie na stadionie na Agrykoli w 1:34 (czyli cisnął poniżej 4 min/km!). Obu nas rozpierała duma, co widać na zdjęciu poniżej:

W niedzielę rano zrobiłem wszystko idealnie. Zjadłem sporo, wypiłem słodką kawę, popiłem to wszystko wodą. 30 minut przed startem zjadłem jeszcze banana, cały czas nawadniając się. Spotkałem się z Biegającym Świdnikiem, co zawsze jest świetna mobilizacją i stanąłem na starcie przed zającami na 3h. To jest wspaniałe uczcie, kiedy grają Sen o Warszawie, a ty stoisz z przodu, widzisz elitę i wszystkich towarzyszy pogoni za wynikiem. A potem pobiegliśmy.

Jeszcze na starcie skonsultowałem z trenerem strategię. Nie szaleć, starać się trzymać w widełkach 4:05-4:08 min/km i dalej kilometr za kilometrem zacząłem to realizować. Warunki świetne, delikatny wiatr, jednak niezbyt odczuwalny. temperatura idealna. W porównaniu do wiosennego maratonu naprawdę nie było na co narzekać. Pamiętajcie, że deszcz przeszkadza tylko wtedy kiedy o nim myślimy przed startem, jeśli nie towarzyszy mu wiatr, to deszcz nie jest żadnym utrudnieniem.

Podobnie jak na wiosnę do połowy maratonu nie ma czego opisywać. W zasadzie trzymam tempo. Drugi kilometr wychodzi poniżej 4 minut, nie pamiętam nawet dlaczego, ale zdarzają się i kilometry po 4:09, więc wszystko się mniej więcej wyrównuje. Na pewno biegnę ostrożniej niż wiosną.

Na półmetku melduję się w czasie 1:26:20, czyli zgodnie z planem biegnę po ok. 4:05 min/km. Myślę wtedy, że muszę wytrzymać w tym tempie jeszcze przynajmniej 10 kilometrów. Nie udaje mi się nawet na następnej piątce. Tą pokonuję już wolniej i na każdym kolejnym kilometrze tracę. Jeszcze walczę, ale około 28 km zaczynam powoli zdawać sobie sprawę, że z życiówki będą nici.

Na rogu Łazienkowskiej stoi dziewczyna z kartką „Trzeba było wybrać szachy” i to jest tekst, nad którym poważnie zastanawiam się kilka kilometrów dalej. Póki co jest 30 kilometr i moja prędkość spada poniżej 4:20, co jest już tempem przy którym biegnie się maraton ponad 3 godziny. Do mety jeszcze daleko, a ja zaczynam liczyć i kalkulować. W tej chwili wiem, że nie biegnę na rekord, ale sądzę, że przebiegnę w przyzwoitym czasie, Z każdym kolejnym kilometrem, kiedy cierpię coraz bardziej, nie jestem już o tym tak bardzo przekonany.

Nie poddałem się. Nie mogę powiedzieć, że w którymkolwiek momencie nie walczyłem o wynik. Walczyłem, ale miałem coraz mniej argumentów w tej walce. Na pewno nie zawiodło żywienie. Zjadłem tak dużo na trasie jak zwykle (a może nawet trochę więcej) i sądzę, że dzięki temu w ogóle dobiegłem. Nie mam pojęcia co się stało.

38 kilometr biegnę w 4:47 min, czyli tempie bliskim easy z moich treningów… gdzieś tutaj słyszę zza pleców głos trenera Wojtka „Kuba uciekaj gonię cię, mamy zapas na trójkę”. Podnoszę obie ręce w geście porażki, bo przecież wcześniej wyminął mnie już pociąg z zającami na złamanie trzech godzin. Kiedy Wojtek dobiega do mnie jakieś 2,5-3 km przed metą tłumaczy mi, że oni biegną z ogromnym zapasem i musimy utrzymać tempo. Zaczynam poważnie walczyć, wszystko mnie boli, ale walczymy. Przyspieszamy, przez moment nawet ścigam się z trenerem, ale na 200 metrów przed metą nie daję już rady. On jest bardzo zadowolony z wyniku poniżej 3 godzin (o czym świetnie napisał tutaj http://ksstaszewscy.pl/bitwa-pod-maratonem/ ), ja jestem zdruzgotany. Człowiek w euforii zawsze wygra z tym zdołowanym pamiętajcie o tym…

Mijam linię mety. Nie bardzo wiem co się dzieje. Wiem, że złamałem trójkę, ale wiem również, że to jeden z moich najgorzej przebiegniętych maratonów (nie licząc Lublina w tym roku, który biegłem… zbyt zmęczony. No właśnie może to mówi wszystko o obu startach?). Druga połówka była o prawie 5 minut wolniejsza niż pierwsza. Wszystko bardzo mnie bolało i miałem poczucie ogromu zmarnowanej pracy treningowej. Te wszystkie tygodnie, które opisywałem na blogu nie przyniosły żadnego efektu, a wręcz przeciwnie cofnąłem się w wynikach o kilka ładnych lat. Może to po prostu efekt braku odpowiedniego wypoczynku przed startem, może za dużo obciążeń w ciągu ostatnich 10-14 dni (ale nie jestem specem od treningu, wiec to zgadywanie).

Maraton nie wybacza błędów. Weryfikuje wszystko. I nie ma możliwości poprawki – nie wierzę w dwa maratony na maksa jesienią. Dlatego ze spuszczoną głową opuszczałem strefę startową. Nie chciało mi się nawet myśleć o tym co przede mną, chociaż mam już od dawna pewien pomysł na zakończenie sezonu. Ale o tym kiedy indziej. Teraz czas spokojnie odpocząć.

Wiele osób gratulowało mi mimo wszystko wyniku. Wiem, że złamanie trójki jest wartościowe, jednak musicie wiedzieć, że jeśli trenuje się pół sezonu ciężko na poprawę wyniku z wiosny, to nie chodzi w tym po prostu o złamanie trójki. To za co lubię maraton – i napisałem to wczoraj jednemu z kolegów – jest fakt, że każdy ma w nim swoje cele. I one wszystkie są tak samo wartościowe i ważne. Dla jednych będzie to po prostu ukończenie wyścigu, dla innych 2:30, dla mnie w tym momencie ukończenie maratonu poniżej 2:55. Krótko mówiąc nie osiągnąłem wczoraj tego, do czego się przygotowywałem, stąd trudno o dumę.

powered by EndomondoWP

Dodaj komentarz