Tydzień przed Maratonem Lubelskim

Jestem jednym z największych fanów Maratonu Lubelskiego. Brałem udział w każdej edycji tego kultowego biegu. Od „zerowej” dzikiej edycji, w której dziesiątki biegaczy po prostu przetruchtały wspólnie trasę, aby w następnym roku urodził się maraton.

W pierwszej edycji byłem pacemakerem. Prowadziłem, wraz z olimpijką Iwoną Grucą, grupę na 3:15. Był upał – to jedyne co pamiętam dobrze z tamtego startu. Upał. Przybiegłem w 3:10 z małym kawałkiem sekundowym – niestety nikt z grupy nie dobiegł ze mną. Po prostu te 3:15 były, jak na tamte warunki i tamtą trasę (wiodącą jeszcze wokół Zalewu Zemborzyckiego), piekielnie (dosłownie!) wymagającym wyzwaniem. Namówiłem Iwonę żeby przebiegła całą trasę (miała pobiec tylko kawałek) i wygrała pierwszą edycję w klasyfikacji kobiet. A finiszowałem z Julkiem na placu zamkowym – było świetnie, chociaż dostałem lekkiego udaru słonecznego… Ponieważ lubię liczby dodam, że byłem 21.

Druga edycja była na wielkim luzie. Bo znów byłem zającem. Tym razem (o ile dobrze pamiętam) na 3:30. Organizatorzy przestraszeni masakrą z zeszłego roku nie przewidywali szybszych grup (I.Gruca znów nam towarzyszyła, ale tym razem tylko przez kilkanaście kilometrów). Może dlatego że nie było to wymagające wyzwanie po prostu – część grupy przyspieszyła na Kraśnickich i Racławickich, część odpadła na Jana Pawła. Doprowadziliśmy jakichś cudzoziemców, którzy dziękowali nam za dobry bieg. Byłem 63, a ukończyło blisko 600 osób.

Od trzeciej edycji ścigam się w Lublinie. Bo jest to piękna wymagająca trasa dla zuchwałych. Pamiętam, że wtedy wiodła przez Żmigród. Pamiętam, że były mistrzostwa głuchych i wyprzedzałem naprawdę dobrze wyglądających biegaczy, którzy jej nie docenili i źle rozłożyli siły. Pamiętam, że od Kraśnickich lał deszcz. Ukończyłem w 3:06 i bardzo zmarzłem na mecie. Przypłaciłem to okropnym bólem pleców przez kilka dni… ale cały bieg ukończyłem na 27 miejscu na 624 osoby.

I zeszły rok. Absolutnie najlepszy mój bieg w Lublinie. To był jedyny maraton jaki biegłem na wiosnę 2016 roku – byłem przygotowany i zuchwały. Pomyślałem, że dobrze by było złamać trójkę w Lublinie i do połowy trasy cisnąłem naprawdę mocno. Biegłem z najlepszymi lubelskimi biegaczami. Niestety pary wystarczyło do Majdanka, potem było wolniej, ale nie beznadziejnie. Pamiętam świetny doping Biegającego Świdnika (byli wszędzie!), pamiętam jak ścigałem się na ostatnich metrach z biegaczem atakującym zza pleców. I wygrałem! Zająłem 20. miejsce na 648. osób. Nabiegałem 3:02:45. To był świetny bieg.

Za tydzień znów ruszymy na trasę Maratonu Lubelskiego, zbieram siły po Orlenie, jestem w tym roku przygotowany lepiej. Najważniejsze pytanie to czy zdążę się zregenerować po starcie w Orlen Warsaw Marathon. Mam nadzieję, że tak, i że Lublin znów będzie kojarzył mi się z walką.

 

 

 

 

Dodaj komentarz