Runner’s low czyli biegowy kryzys

Skoro jest runner’s high to może jest również runner’s low? Jeśli tak to doświadczyłem tego stanu w lutym. Dopadł mnie biegowy kryzys, który udało mi się przezwyciężyć.

Biegasz, trenujesz, starasz się, a forma ani drgnie. Nie zmienia się nic – jak w piosence K44. Po prostu constans, a ty czujesz się coraz bardziej zniechęcony, coraz bardziej zmęczony. W twojej głowie rodzą się powoli pomysły na to żeby odpuścić sezon, pomyśleć już raczej o jesieni, skupić się na innych rzeczach, odstawić na jakiś czas bieganie. Twój zegarek ocenia, że jesteś w coraz gorszej formie, a ty czujesz, że ta ocena jest adekwatna. A wszystko to trwa bardzo długo i zdaje się z dnia na dzień pogłębiać.

Tak mniej więcej wyglądał luty 2020 roku w moim treningu. Kiedy w drugiej połowie stycznia ruszyłem na tygodniowy urlop, nic tego nie zapowiadało. Forma rosła, efekty treningu były widoczne. Tydzień w cieplejszym klimacie miał być czasem odpoczynku, swobodnego truchtania na podtrzymanie, a po powrocie miałem wypoczęty ruszyć z dalszą częścią planu. I rzeczywiście to zrobiłem. Niedziela – samolot powrotny, poniedziałek – podbiegi, wtorek – drugi zakres. I kiedy odpoczywałem we wtorek wieczorem wiedziałem już, że coś mnie dopadło. Wirus? (modne słowo) Przeziębienie? Cokolwiek to było, następnych kilka dni mój organizm zwalczał infekcję i nie było mowy o bieganiu. Tydzień urlopu, tydzień choroby.

Mniej więcej tak się czułem w lutym….

Wiedziałem, że się cofnę. Nie było niestety innej możliwości – okres bez treningu był zbyt długi. Do powrotu podszedłem więc delikatnie i przez kilka pierwszych dni ograniczyłem się do rozbiegań. Kiedy przyszedł czas na mocniejsze treningi okazało się, że straty są duże: drugi zakres na przykład biegałem 20-30 sek wolniej niż przed urlopem. A co gorsza kolejne dni nie przynosiły praktycznie żadnej poprawy.

I tak mijał luty. Cztery bardzo mozolne tygodnie pracy treningowej. Na początku cały czas powtarzałem sobie, że wszystko w końcu wskoczy na dobre tory. Ale po kilkunastu dniach miałem dość. Drugi zakres – biegany dwa razy w tygodniu – nie chciał nawet drgnąć. Regularnie biegałem te treningi po 4:30-4:31 min/km, czyli dość wolno. Ale najgorsza była w tym wszystkim stagnacja. Nieźle szły szybsze treningi (chociaż trudno mówić o „fajerwerkach”), a wybiegania różnie.

Kilka dni przed końcem lutego zacząłem już bardzo poważnie myśleć, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady. Żeby odpuścić na jakiś czas i wrócić do biegania na wiosnę, po to by zbudować bazę pod jesienne starty. Nie wyglądało to wszystko jak biegowy kryzys, ale jak kompletna i nieodwracalna katastrofa. I wtedy – chyba w ostatniej chwili, jak w dobrym filmie – coś „zaskoczyło”. W jeden weekend. Najpierw poczułem się strasznie zmęczony i znudzony (czwartek), więc odpuściłem trzeci zakres na rzecz godziny wolnego wybiegania. Potem w piątek, zgodnie z planem, pobiegałem dłuższe wybieganie, które wyszło dobrze i żwawo – sądziłem, że odpocząłem. Ale w sobotę podczas drugiego zakresu wiedziałem już, że moja nadszarpnięta mocno cierpliwość przyniosła efekt. Z 4:31 zrobiło się 4:21 min/km, mimo wiatru i zmęczenia. W niedzielę zaś 30km biegłem na tak zwanych ostatnich nogach, a mimo to szybciej niż wcześniej. Po poniedziałkowych podbiegach (6x250m), we wtorek kończyłem trening z wielkim uśmiechem na ustach. Udało się przebiec bez większego problemu 12km drugiego zakresu w tempie 4:16 min/km.Jest to prawie taka szybkość, do jakiej dążę w tym elemencie.

A tak czułem się po udanym treningu na początku marca…

Dwa tygodnie „wyrwane” z planu i cztery tygodnie powrotu. Chyba nigdy nie miałem tak długiego „doła”, ale dziś jestem bardzo zadowolony, że udało się przetrwać ten biegowy kryzys. Gdybym był mistrzem coachingu napisałbym teraz, że „wyszedłem z tego mocniejszy”. Nie wiem czy tak jest, ale w końcu odzyskałem wiarę, że trening ma sens. I chyba to jedyna rada jaką mam dla siebie i wszystkich Czytelników: w bieganiu długodystansowym liczy się przede wszystkim systematyczność i cierpliwość, wszystko inne to didaskalia.

Dodaj komentarz