13. Półmaraton Warszawski

Pół maraton Warszawski to impreza, w której biegam „odkąd biegam”. Niedzielny był moim dziesiątym startem. Obserwuję ten bieg przez lata i jestem przekonany, że jest on organizowany najwyższym światowym poziomie. A tegoroczna trasa była niezwykle szybka. No i dopisała wiosenna pogoda.

Półmaraton to mój ulubiony dystans. Budzę się rano i wychodzę na balkon. Zimno. Mam więc przed sobą dwa problemy – jeden mniejszy: jak się ubrać na bieg? i jeden dużo większy: z jakim tempem biec? Ten pierwszy rozwiązuję kompromisowo. Góra „na krótko”, dół – „na długo”. Łamię w ten sposób swoją zasadę, że starty (oprócz tych zimowych) biegam na lekko. Na ostatnim kilometrze trochę tego żałuję, ale myślę, że ostatecznie nie wpłynęło to na mój wynik.
Niestety drugi problem jest znacznie poważniejszy. Nie mam pojęcia na co mnie stać. Luty, jak już pisałem, był treningowo słaby. Dobry tydzień przeplatał się z tygodniem wyjętym z treningów (wyjazd, choroba), więc forma poszła w dół zamiast piąć się mozolnie w górę. Kiedy dzień wcześniej rozmawiam z kolegą  stawiam, że będę walczył o wynik poniżej 1:30.

Start

I z takim założeniem staję na inii startu. Zaraz zabrzmi „Sen o Warszawie” – to zawsze świetna chwila, jedyna w swoim rodzaju. Za chwilę wystartuje 13. Półmaraton Warszawski Chcę biec w tempie około 4:10min/km, ale tłum na pierwszym kilometrze nie pozwala na to. Wychodzi więc kilka sekund wolniej, potem z każdym kilometrem jest coraz luźniej i coraz szybciej. Pierwsza piątka w 21 minut, potem będzie już tylko lepiej…

 Na trasie

Gdzieś pół kilometra przed ZOO widzę koszulkę „KS Staszewscy” i sylwetkę mojego towarzysza niedoli z Kaliskiej Setki – Kuby. Trochę się dziwię, że go doganiam. Witamy się i namawiam go do wspólnego biegu. Mówię, żeby przyspieszył, bo „umierać będziemy później” – przed nami jeszcze ponad połowa dystansu. Nie chce się ze mną zabrać, więc lecę dalej.
Około 8-9 kilometra biorę jedyny żel, który mam ze sobą. Huma – jakiś nowy wynalazek, wydaje się całkiem niezły, ale przed wiosennym maratonem przetestuję go jeszcze na treningach. Do tego po raz pierwszy używam energetycznych  pastylek – wydaje mi się, że to niezłe rozwiązanie uzupełniające. Zjadłem ich podczas biegu 4 lub 5. Na każdym punkcie piję wodę i izotonik. Przyspieszam, bo dobrze się biegnie. Pogoda idealna, tłum biegaczy, sporo kibiców, którzy nas niosą swoim dopingiem. Mijam Bartka – on również nie chce się ze mną zabrać więc biegnę dalej. Cały czas myślę, że za kilometr lub dwa moje radosne przyspieszanie skończy się odbiciem od ściany. Ale póki co cisnę. Około 15 kilometra to już tempo w okolicach 4 min/km.

 Finisz

„Jeszcze kilometr w tym tempie, potem na pewno zwolnię” – myślę cały czas, a kolejne znaczniki na trasie mijają. Wbiegamy do tunelu, do mety jakieś 2000-2500 metrów. Tam zawsze jest ciężko, bo nigdy nie wiesz w jakim tempie biegniesz. Więc jak w Alicji w Krainie Czarów cisnę, żeby nie zwolnić (wydaje mi się zresztą, że ta metafora jest esencją całego treningu przez lata – musisz biegać coraz szybciej żeby utrzymać poziom). Okazuje się, że tempo jest już sporo poniżej 4:00min/km. I nadchodzi w końcu ostatni kilometr. To już przyjemność –  od jakiegoś czasu wyprzedzam coraz większą liczbę biegaczy, ale na ostatnim kilometrze mam siły żeby to wyprzedzanie było imponujące. Zbiegam na prawą stronę i mijam kolejne grupki. Wiem już, że czas będzie dużo lepszy niż zakładałem, a „cierpienie” (zresztą nie dość wielkie) zaraz się skończy.
Długa prosta do mety. 200 metrów przede mną koszulka „KS Staszewscy” i sylwetka trenera. Próbuję, ale jest zbyt daleko. Zbliżam się, ale nie dam rady go złapać. Na mecie witamy się i okazuje się, że wygrałem z trenerem Wojtkiem o kilka sekund w czasie netto (bo ustawiłem się na starcie adekwatnie do przygotowań – sporo za zającem na 1:25).

 Wynik

1:25:40. Wprawdzie ponad 3 minuty gorzej od życiówki, ale jestem bardo zadowolony. Nie spodziewałem się, że jestem w stanie (w tych okolicznościach „treningowych”) pobiec tak dobrze. A przede wszystkim w takim stylu. Każda kolejna piątka była szybciej. Na finiszu powalczyłem o cenne sekundy. Wszystko wyszło idealnie, jak na stan moich przygotowań.  To dobre odbicie do kilku tygodni, które czekają mnie teraz przed Maratonem lubelskim. Tak trzeba witać wiosnę!