Mój najlepszy sezon część 5

Każdy sezon treningowy kiedyś się na szczęście kończy. Ten był długi, jak jego niniejszy opis. Zaczął się w ostatnich dniach października, a skończył 5 maja w Poznaniu podczas Wings For Life 2019. Wiele razy pisałem i powtórzę to teraz: bieganie najbardziej lubię za jego wymierność. Za to że dostajesz najwyżej tyle na ile zasłużyłeś. Że nie da się w nim nic osiągnąć „na ładne oczy”, czy samymi dobrymi chęciami. Potrzebna jest praca i dopiero ona, przy dobrym splocie różnych okoliczności, może przynieść efekty.

Pierwszy raz po krótkim urlopie pobiegałem w czwartek, 18 kwietnia. W Polsce zrobiło się bardzo ciepło, a przed nami był weekend świąteczny, podczas którego musiałem sporo pobiegać. Zacząłem od zwyczajnej godziny w pierwszym zakresie i od razu poczułem, że wypocząłem. Przebiegłem 13 kilometrów w tempie 4:34 min/km, a średnie tętno wyniosło 140 uderzeń.

Jednak już dzień później nadszedł bardzo nieudany trening. Pobiegłem dwa odcinki po 10 km w drugi zakresie, pilnując tętna. O ile pierwszy z nich wyszedł przyzwoicie (4:14 min/km, średnie hr 149), to po drugim byłem bardzo zaniepokojony. Tempo spadło do 4:21 min/km, a średnie tętno podskoczyło do 157 (!), a więc de facto znalazłem się poza drugi zakresem (nie chciałem jednak biec tego na poziomie 4:30 min/km, bo przecież dzień wcześniej zrobiłem tak pierwszy zakres). Nie wiem skąd ten rezultat. Może przez upał. Może coś wspólnego miał z nim fakt, że na pierwszym odcinku musiałem skakać do rowu, bo jakiś kierowca w przedświąteczny piątek był tak zaaferowany jazdą po zakupy, że mnie nie zauważył (a akurat nie było pobocza). Po treningu czułem się źle, byłem zmęczony i zdenerwowany.

Święta, święta

W sobotę krótki, ale intensywny trening 2×3 km po około 3:50 min/km, na którym wszystko wyszło już lepiej, a w Niedzielę Wielkanocną ruszyłem na długie wybieganie. Miałem zrobić 30 km i muszę przyznać, że byłem bardzo ciekawy jak zareaguje na nie mój organizm. Przecież ostatniego „długasa” biegłem w połowie lutego.

Był to element planu, w który niedowierzałem swojemu trenerowi. Często o tym rozmawialiśmy. Brak długich wybiegań? Przecież mój docelowy start ma trwać ponad 3 godziny i mam w tym czasie spróbować przebiec około 50 km. Trener jednak cały czas spokojnie mówił, że jestem już przygotowany do tego. Że jesień i zima wystarczą, a teraz szkoda na takie bieganie czasu i energii. Ta świąteczna 30-stka to był swego rodzaju kompromis między nami – jak chcesz, to pobiegnij tutaj, bo wracasz z urlopu i kilka dni nie biegałeś (na urlopie 3 dni bez biegania, dwa dni z delikatnym bieganiem).

Rano, przed świątecznym śniadaniem, na górkach pod Nałęczowem, przebiegłem ponad 30 km. Z dobrym tempem ok. 4:40 min/km, świetnym tętnem średnim (129!), a w tym wszystkim zmieściłem 2 ostatnie kilometry w tempie startowym (4:08 min/km) przebiegnięte na luzie. Chciałem sprawdzić, czy swobodnie mogę przyspieszyć do takiej prędkości po ponad 2 godzinach biegania. Okazało się, że bez problemów.

W Lany Poniedziałek zaczęły się ostatnie dwa tygodnie do startu. W tym tygodniu nie biegałem już siły, ale poza tym wszystko szło utartym schematem opisanym w części 4. Dwa trening II zakresu i trening szybszy. Tym razem 3×2 km + 3×1 km. Kilometrówki robiłem poniżej 3:40, a odcinki dłuższe poniżej 3:50, jednak na bardzo długich przerwach (1 km w wolnym biegu).

Ten przedostatni tydzień był stosunkowo lżejszy. Zszedłem znów z objętością poniżej 100 km (98 km, poprzedni tydzień 102 km, mimo urlopu).

Tydzień przed Wingsem

Tradycyjnie został jeden poważniejszy akcent i tradycyjnie były to kilometrówki we wtorek. 6 powtórzeń w tempie poniżej 3:50 min/km na przerwie 400 m (około 2 minuty). Trening zrobiłem rano, aby mieć pół dnia więcej na regenerację. Wyszło swobodnie, co było dobrym sygnałem.

Poza tym wtorkowym akcentem biegałem codziennie, jednak były to spokojne rozbiegania w pierwszym zakresie nieprzekraczające godziny. Postanowiłem pobiegać nawet w piątek przed wyjazdem do Poznania – pobiegałem wtedy około 6 kilometrów. Uznałem, że przyspieszy to regenerację. Bo tylko o to się obawiałem: czy przed biegiem wypocznę wystarczająco?

Marzniemy na Lechu

W sobotę w zasadzie leżałem w pokoju hotelowym, wyszedłem przed południem na krótki rozruch (6 km w tym kilka bardzo delikatnych przebieżek), a popołudniu marzłem i mokłem na meczu Lecha z Zagłębiem Lubin (gdziekolwiek jeździmy lubimy z Julkiem wybrać się na mecz – czasem jest to Ekstraklasa, czasem jakaś liga europejska, a czasem klasa A). Przyznam szczerze, że miałem wizję siebie budzącego się z przeziębieniem w niedzielny, startowy poranek. Na szczęście nic się nie stało i około 9:00 w niedzielny poranek opychałem się goframi w stylu amerykańskim, polanymi miodem w hotelowej restauracji. Co ważne poczułem też, że jestem wypoczęty, że zdążyłem z regeneracją.

Start był o 13:00 więc po śniadaniu mogłem jeszcze poleżeć, spokojnie wszystko przygotować i cały czas uzupełniać płyny. Miałem przygotowany izotonik przed startem, od kilku dni suplementowałem się również dodatkowym magnezem w saszetkach. Jeszcze jedna z najdłuższych kolejek do wc w moim życiu, ostatni żel przed startem i bez większych emocji wybiegłem z 8 tysiącami ludzi na ulice Poznania.

Bieg

Zacząłem za wolno. Pierwszy kilometr wyszedł kilka sekund poniżej zakładanego tempa. Nie szarpałem, nie przepychałem się. Potem złapałem rytm i biegłem. Na moście po 5 km przybiłem piątkę z Julkiem i Kasią i poleciałem dalej.

Przed biegiem pokazuję na mapie, do którego miejsca chcę dobiec

Bieg bez historii – jak wszystkie biegi, które idą dobrze. Czasem w górę, czasem w dół. Masa ludzi na trasie – nawet na wsiach. Świetni kibice. To chyba magia telewizji i osoby Adama Małysza w samochodzie pościgowym. W każdym razie pod względem kibicowania, to najlepszy bieg w Polsce w jakim biegłem (chyba tylko na maratonie w Berlinie było więcej kibiców). Co 8-9 kilometrów żel, czasem jakiś kawałek banana, na każdym punkcie tyle picia ile się da (woda i izo).

Biegłem trochę z młodym biegaczem, który miał zamiar zrobić półmaraton. Oczywiście zrobił dużo więcej, bo biegliśmy tempem na około 50 km. Wydaje mi się, że wytrzymał ze mną co najmniej do 30 kilometra. Raczej nikt mnie nie wyprzedzał, a ja owszem, co jakiś czas mijałem kolejnego biegacza. Część z nich miała plan na krótszy bieg, część nie dawała rady. Ja biegłem.

Pierwszy i chyba najpoważniejszy kryzys miałem na 34 i 35 kilometrze. Nagle zaczęliśmy biec pod wiatr, a ja chyba straciłem za dużo paliwa. W każdym razie musiałem zacząć się naprawdę starać, średnie tempa spadły do 4:18 i 4:23 min/km. Obawiałem się, że będzie źle. Wprawdzie miałem spory zapas czasu, ale w tamtym momencie zacząłem kalkulować i liczyć, że przebiegnę raczej około 45 km, a nie 50 km. I wtedy trochę zmienił się kierunek biegu i prawdopodobnie „wszedł” żel. Cztery kolejne kilometry (do 39 km) wyszły średnio lekko poniżej 4:10 min/km, czyli w zasadzie wróciłem do dobrego tempa. Jeszcze jeden wolny, 40-ty kilometr (4:21 min/km)- nie kojarzę dlaczego, ale może znów potrzebowałem paliwa i znów wróciłem na cztery kilometry do swojego tempa.

Nieoficjalna życiówka

Kiedy zbliżałem się 42 km wiedziałem, że jest dobrze. Znak dystansu maratonu, na którym złapałem międzyczas poniżej 2:54 (Endomondo pokazało, że przebiegłem maraton w 2:54:05) mijałem z wielkim uśmiechem na ustach. Szczególnie, że co chwila kogoś wyprzedzałem, a jacyś kibicie poinformowali mnie, że jestem wśród 1000 biegaczy, którzy zostali na świecie na trasach Wingsa. Nieźle! A miało być jeszcze trochę lepiej. W tym momencie kilometr po kilometrze namawiałem sam siebie: „Wytrzymaj w tym tempie jeszcze jeden kilometr”. W zasadzie nie udało się wiele. 43-ci przebiegłem poniżej 4:15, kolejny w 4:18. Ale wiedziałem, że mam spory zapas i szacowałem swój zasięg na jakieś 47-48 kilometrów (pamiętałem mniej więcej, o której samochód pościgowy ma być na 40-tym, 45-tym i 50-tym kilometrze).

45-ty kilometr był najwolniejszym z dzisiejszych. Pokonałem go w 4:37. Kolejne dwa nie były dużo szybsze: 4:30 i 4:35. Jednak wtedy zobaczyłem swoją ostatnią „ofiarę” – biegacza, o którym pisałem na początku (później okazało się, że to zwycięzca pierwszej edycji polskiego Wingsa!). Jechał obok niego rower, pomagał mu z piciem, a ja nie miałem już nic oprócz pragnienia, bo chciało mi się pić i chęci żeby go wyprzedzić. Udało się, a chwilę później usłyszałem wingsowe rowerwy. „Kuba dwaj! Małysz jest 700-800 metrów za tobą! Pamiętaj o prawej stronie!” I zbiegłem na lewą. Potem zdałem sobie sprawę co robię i skorygowałem pas. 48 kilometr w 4:19. Kolejny, kiedy już widziałem flagę z liczbą 49 i naprawdę chciałem tam dobiec w 4:15 (mimo, że na obu były górki). I gdzieś tam za sobą dobrze słyszałem już samochód pościgowy.

Ostatni kibicie, ostatnie „dzięki!” i kciuk w górę, ostatni zryw (to rzeczywiście działa; kiedy masz na plecach samochód pościgowy starasz się wykrzesać z siebie wszystko, bo wiesz, że zaraz bieganie się skończy). Te 300 metrów po 49-tym kilometrze biegłem w tempie 3:55 min/km, tętno skoczyło mi do 169. Klaksony, kawalkada aut i już stoję na poboczu obok gospodarstwa. Dziękuję kibicom, dostaję wodę i idę do flagi. Wiem, że sezon się skończył. Wiem, że poszło cholernie dobrze.

Poprawcie to Wingsie!

Godzinę później jechałem w autobusie z innymi biegaczami. Dumny. Myślałem, że musiałem być w pierwszej 30-stce w Polsce, że prawie pokonałem zakładane bardzo ambitnie 50 km, a od połowy trasy (kiedy musieliśmy stłoczyć się w jednym autobusie), że bardzo śmierdzi, że bardzo chciałbym usiąść i że być może zaraz zemdleję. Nie przestało śmierdzieć, nie usiadłem i nie zemdlałem (ale jeden z biegaczy owszem). I to jest ogromna łyżka (może nawet chochla) dziegciu pod adresem organizatorów polskiego Wingsa.

Okazało się później, że byłem 15 w Polsce, a najnowsze wyniki pokazały, że byłem 80 na świecie. Wyprzedziło mnie na całym świecie 76 facetów i 3 kobiety.

W uznaniu zasług 😉 ja i inni najszybsi dziś biegacze w Poznaniu czekaliśmy prawie godzinę na autobus (to było niebezpieczne, my byliśmy naprawdę zmęczeni, a robiło się dodatkowo zimno – folie dojechały po 40 minutach, w czasie nie mieliśmy też wody), a potem tych najszybszych z ostatniego autobusu przegoniono do przedostatniego, gdzie staliśmy (raczej wisieliśmy na poręczach i barierkach). Dobrze, że nikomu nic się nie stało, ale zabrało to sporo moich pozytywnych wrażeń.

Po wyjściu z autobusu. Ledwo żyję.

Na mecie czekali moi ludzie – Kasia i Julek i nie widzieli tego, ale naprawdę wzruszyłem się na ich widok. Masa emocji, godzina tortur w autobusie, która się skończyła. „Cały ten zgiełk” dobiegł do swojego kresu. Wziąłem medal i poszedłem po rzeczy. Depozyty się kurczył i z kilkunastu punktów został jeden. Ktoś napisał więc na moim worku „Super” obok numeru, co było bardzo miłe. A potem tramwajem do hotelu, kolacja i… problemy ze snem. Emocje, zmęczenie nie pozwalały zasnąć, pomógł dopiero długi wywiad z Karolem Modzelewskim.

Tak skończył się mój sezon. Najlepszy sezon treningowy w ciągu ponad 11 lat biegania. Przede mną był jeszcze obowiązkowy Maraton lubelski, z którym od lat mam swoje porachunki i który biegam co roku od pierwszej (a nawet zerowej) edycji. Impreza u siebie. W poniedziałek po Wingsie nie byłem pewny czy w ogóle stanę na jego starcie….

Dodaj komentarz