Kryzys

Miałem wczoraj godzinne bieganie w pierwszym zakresie. Wybrałem się do lasu na przyjemny bieg w tempie około 5:10 min/km. W zasadzie trening jakich dziesiątki w sezonie – podstawowa jednostka, nic specjalnego. Obiegłem las i po około 40 minutach zrobiłem przebieżki. Również standard czyli 4×30 sek. szybko na przerwie 30 sekund w truchcie. I po tym elemencie poczułem niemoc, poczułem jakby coś rozkładało mnie od środka. Dotruchtałem do domu trochę wolniej. Sądziłem, że siedzi jeszcze we mnie niedzielne ściganie się (co zresztą może być prawdą), że do dzisiejszego treningu odpocznę.

Ale od rana czułem, że coś jest nie tak. Że coś mnie powoli, ale skutecznie rozkłada – do tego niezbyt zachęcająca pogoda. Z drugiej strony mam 11 dni do maratonu, tu już nie ma odpuszczania, szczególnie jak chce się pójść „po bandzie”. Nie po to trenowałem od przełomu października i listopada żeby teraz rozłożyła mnie byle infekcja (a może rzeczywiście tylko zmęczenie – chociaż wątpię). Więc spiąłem się i wyszedłem. Syn na trening piłkarski, ja na biegowy,
Miałem dziś zaplanowaną odwróconą piramidę. Odcinki w tempie interwałowym (w moim przypadku ma to być około 3:40 min/km) ułożone w ten sposób, że zaczynamy i kończymy najkrótszym, a w środku mamy najdłuższy. Ja miałem 1/2/3/4/5/4/3/2/1 min na przerwie 1- lub 2-minutowej. Ciężki trening szczególnie w słabszej dyspozycji. Zawsze w takich chwilach mówię sobie, że dam z siebie wszystko, a co wyjdzie okaże się.

Tutaj pozwólcie na wtręt typowo świdnicki. Biegałem to (po raz pierwszy i mam nadzieję ostatni) na bieżni przy Gimnazjum nr 1. 200 metrów, ale to nie długość jest problemem tego obiektu. Z całą odpowiedzialności odradzam wszystkim bieganie tam jakościowych treningów. Bieżnia ma tak źle wyprofilowane łuki (bo pewnie nie było miejsca na wygodne), że bardzo utrudnia to szybkie bieganie. Łuki pod kątem zbliżonym do prostego wybijają z rytmu, przez co trzeba naprawdę mocno pracować.

Ale wróćmy do samego treningu. Od początku do końca było ciężko. Dużo ciężej niż na ostatnich tego typu interwałach. Ciężej nawet niż w zeszłym tygodniu, kiedy biegałem odcinki 2-kilometrowe i 800-metrowe. Ale próbowałem dać z siebie wszystko. Ostatecznie najwolniejszy odcinek pobiegłem 3:50 min/km (najdłuższy), a najszybsza wyszła ostatnia minutówka (3:36 min/km). Gdyby wyliczyć średnią to założę się, że będzie to około 3:43-44 min/km. Zważywszy na warunki i moje fatalne samopoczucie nie jest beznadziejnie, ale cieszyć się nie ma z czego.

Kryzysy się zdarzają, ale ten przyszedł dość niespodziewanie w niezbyt dobrym momencie. Chociaż może lepiej, że dzieje się to dziś, bo za tydzień, czy podczas ostatniego mocnego treningu przed maratonem, wpadłbym w panikę. Jutro odpoczynek lub basen (zależnie od samopoczucia – czyli w zasadzie tego czy zmagam się z infekcją czy ze zmęczeniem), a już w piątek dość ciężki bieg w tempie maratońskim. Mam nadzieję, że powróci dobre samopoczucie i moc.

powered by EndomondoWP

Dodaj komentarz