Kaliska Setka

Nie wiem jaka relacja jest lepsza – na gorąco, kiedy w nogach czujesz jeszcze wszystko co przebiegłeś, czy raczej ta na chłodno, po przemyśleniu i przetrawieniu wszystkiego co się działo? Po dwóch dobach od startu (ale nie finiszu 😉 pamiętam sporo, a przemyślałem już także kilka spraw. Ale zacznę od najlepszego obrazka…

Mam na liczniku około 69 700 metrów. I leżę na chodniku. Leżę, bo przed chwilą dostałem potężnego skurczu w obu nogach. Kiedy dwa kilometry wcześniej złapał mnie pierwszy skurcz, to spokojnie stanąłem, bo problem dotyczył jednej z nóg. Przeszedłem w marsz. Potem znów kawałek biegu. Skurcz. Znów to samo. Ale teraz leżę, bo jak skurcze łapią w obu nogach, to nie da rady stać. Siedzę i próbuję się rozciągać, a nie mam w tym żadnego doświadczenia, bo skurcze nigdy mnie nie złapały. A na pewno nie takie, które zwalają na chodnik w Blizanowie. Jakaś pani z siatkami (przyzwyczajona pewnie do takich widoków, bo Supermaraton „Kaliska Setka” obywa się tutaj po raz 33!) pyta z oddali czy wszystko w porządku. Odpowiadam, że ok. Mija mnie jakiś biegacz. Też wymieniamy dwa zdania. Zbieram się.

Zawody są na pętli. 15 kilometrów. Start jest z 5 kilometra pętli. Więc metę przekraczamy na 10, 25, 40, 55 i 70-tym kilometrze (i tak dalej, ale na razie mnie to dalej nie dotyczy). Od 55 km można zjeść, dostać medal i być sklasyfikowanym. A ja mam jakieś 300 metrów do tego miejsca. Ruszam. Jakoś idzie i wtedy dzieje się coś z czego jestem najbardziej dumny w tym całym biegu. Łapię na mecie czas kolejnej piątki (bo tak najlepiej to sobie rozgrywać, każda kolejna piątka), idę do przepaku przy mecie, biorę żele, zmieniam bluzę na lekką kurtkę (trochę wieje), biorę telefon (żeby mieć muzykę i zagłuszyć ból) oraz ibuprom. Pani nalewa mi grochówkę, którą idąc wypijam. Sam w to nie wierzę, ale ruszam na kolejną pętlę od 70 do 85 kilometra. Dokładnie tak jak w tych beznadziejnych filmach motywacyjnych „Jesteś maratończykiem, upadniesz, podniesiesz się i będziesz biegł dalej, bo jesteś zwycięzcą”. Oczywiście teraz to kojarzę, bo wtedy w Blizanowie rozmawiam chwilę z jakimś weteranem, który mówi, że jak chwilę odpocznę to mi przejdzie.

Chcę mu wierzyć, więc powoli ruszam. Kończę grochówkę, a Spotify losuje mi „Run to the hills” i razem z Brucem Dickinsonem śpiewam (tak, na szczęście nikt tego raczej nie słyszał) „Run to the hills, run for your lives”. I biegnę, sam w to nie wierzę, ale biegnę. Coraz szybciej, przebiegam kilometr, chwilę idę, bo boję się powtórki z rozrywki na chodniku. Potem znów biegnę i tak dobiegam do punktu żywieniowego (co 5 km na pętli). Piję, jem, chwilę spaceruję i biegnę. W słuchawkach zjawia się The Clash i inni – im bardziej punkowo tym lepiej. Czasem podśpiewuję, bo oprócz skurczy czuję się naprawdę dobrze. Postanawiam, że jeśli dotrę do 85 kilometra, to nawet gdybym miał przeczołgać się pokonam ostatnią pętlę. Mam naprawdę spory zapas czasu nawet żeby złamać 10 godzin.

I oczywiście przed 85 kilometrem znowu skurcze. Ale już byłem na nie przygotowany. Wiedziałem mniej więcej, po którym podbiegu się ich spodziewać i mogłem reagować szybciej (czyli przejść na chwilę w marsz). To najwolniejsza piątka dnia (bo wiem, że mam przed sobą jeszcze ponad 15 km i nie mogę teraz po prostu odpaść). Jakieś 36 minut, teraz będzie już tylko lepiej.

Ruszam na ostatnią pętlę. Powoli zmienia mi się humor, przyspieszam (kilometry pomiędzy 85 a 90-tym w 32 minuty), komunikuję się z Kasią. Potem dziękuję dzieciom na punkcie w Jarantowie za to, że od 6:30 nam pomagają. Jakaś dziewczynka pyta, czy przyjadę w przyszłym roku. Odpowiadam, że tego nie wiem, ale zastanowię się jak odpocznę. Za 10 kilometrów odpocznę. Rozmawiam z kimś kto ma jeszcze 25 kilometrów. Zbieram się i biegnę. To jest ten odcinek trasy, na którym z jakichś powodów biegnie mi się przez cały dzień najlepiej. Docieram do punktu w Burdzewie w 26 minut! Wiem już od dawna, że na złamanie 9 godzin nie mam szans, ale niewiele mnie to obchodzi. Dziękuję dzieciakom i na tym punkcie (bo oni naprawdę stoją tam cały dzień i robią dla nas wspaniałą robotę!) i ruszam pod górkę (bo ostatnia piątka pętli jest pod górę – stąd moje skurcze na jej końcu). Idę, walczę, wyprzedzam jednego biegacza, który tak jak ja jest na ostatniej pętli i dubluję kilka osób. Wiem, że na końcu górki będzie ciężko, ale wiem też, że do mety zostanie 2 kilometry. Kiedy nadchodzą skurcze przechodzę w marsz. Biegacz w zielonej koszulce goni, ja podbiegam, znów skurcz. Nie ma rady. Gdy mija mnie zabieram się z nim jego tempem, tempo jest niezłe, ale nie ono stanowi problem. Wiem, że lada chwila muszę odpuścić, bo skończę leżąc. I odpuszczam, ale pociągnąłem z nim już na tyle dużo, że meta jest prawie na wyciągnięcie ręki.

Idę kawałek, a do mety mam mniej niż kilometr. Chłopak odwraca się jeszcze i sprawdza czy go gonię. Nie, nie dziś (porozmawialiśmy potem trochę – okazuje się, że niedawno wygrał jakiś wyścig górski na 160 km, a dodatkowo jest były zawodnikiem Resovii Rzeszów i kończył karierę jako kapitan tego klubu, więc fakt, że przegrałem z nim tylko o minutę uważam za dość dziwny).

Dziś walczę ze sobą, chociaż teraz to już nie walka. Jestem szczęśliwy, bo zaraz przestanę biec, a 100 km na zegarku już jest… Ponieważ jeszcze idę kilka kroków robię sobie selfie, zdejmuję słuchawki, kurtkę, żeby na mecie dumnie pokazać klubowe barwy „Biegającego Świdnika”. Biegnę do mety. Udało się. Medal, jestem 19-ty w biegu, który chciałem pobiec od zawsze. Spełniłem jedno ze swoich biegowych marzeń.

Co było wcześniej? Co działo się zanim leżałem na chodniku w Blizanowie. Niewiele. Biegłem, na punktach żywieniowych przechodziłem w krótki marsz i dorzucałem do pieca jedzenie i picie. Starałem się trzymać tempo i hamować (ale chyba powinienem biec wolniej). Przebiegłem maraton w 3:28 i naprawdę dobrze się bawiłem. Zawsze zastanawiałem się co dzieje się w głowie na 100-kilometrowym biegu po asfalcie rozgrywanym na pętlach? Otóż dzieje się dokładnie to samo, co na 12 kilometrowej przebieżce po Świdniku. Po prostu biegniesz, masz cel do osiągnięcia i to robisz. A jeśli przy okazji bawisz się dobrze, to znaczy że lubisz sobie trochę pobiegać.

powered by EndomondoWP

2 uwagi do wpisu “Kaliska Setka

  1. Świetnie napisane- Po prostu biegniesz, masz cel do osiągnięcia i to robisz. A jeśli przy okazji bawisz się dobrze, to znaczy że lubisz sobie trochę pobiegać.

  2. Jeśli nic więcej w Twojej głowie się nie zadzialo, to zdecydowanie za krótki dystans był😉 jeszcze raz gratulacje😊💪

Dodaj komentarz