Druga Dycha do Maratonu 2017

Najczęściej słyszanym pytaniem, zarówno przed zawodami, jak i w trakcie (oraz po), było: „Kuba, chce ci się jeszcze po tej stówie biegać?”. Otóż niekoniecznie mi się chce, ale jak się okazuje – biegam. I czerpię z tego przyjemność.

Kiedy wychodziłem na pierwsze truchtanie po Kaliskiej Setce zastanawiałem się jak to będzie. Co się wydarzy? Nie wydarzyło się nic. Pobiegałem 40 min w przyzwoitym tempie około 5:10 min/km. Potem w czwartek po południu podobny trening. Przede mną był start na 10 km w drużynie Biegającego Świdnika, więc nie mogłem po prostu odpuścić. Poszedłem w piątek zrobić coś konkretniejszego na treningu (powinienem ten trening zrobić w środę lub czwartek – ale obowiązki mnie przytłoczyły). Wszedłem na bieżnie przy Piątce i zacząłem kręcić 800-tki. Okazało się, że mogę to zrobić w całkiem przyzwoitym jak na mnie tempie poniżej 3:50 min/km (przerwa 400m trucht). Zrobiłem 6 powtórzeń (gdyby była to środa i nie miałbym w nogach setki – zrobiłbym pewnie 8).

A w niedzielę 19 listopada start – Druga Dycha do Maratonu w Lublinie. Nie decyduję się ubrać na krótko – nie mam tyle determinacji. Wkładam bluzę, a na nią narzucam klubową koszulkę. Biegający Świdnik, jak zwykle, doskonale widoczny na zawodach. Tym razem dodatkowo reklamujemy Bieg Mikołajkowy (3.12 w Świdniku – koniecznie wystartujcie!). Pierwszy kilometr w tłoku. Nie szarżuję, a mimo wszystko wychodzi dość szybko – kilka sekund poniżej 4 min. Potem spokojniejszy bieg Krochmalną, ale biegnie mi się dobrze. Dwa kolejne kilometry poniżej 8 minut, ale wiem, że zaraz zaczną się podbiegi – Jana Pawła i Filaretów. Szczególnie ten drugi pamiętam jako ciężki, z poprzednich lat. I nie mylę się. Jakoś idzie, nawet wyprzedzam, ale męczę się. Dotychczas oglądałem plecy Michała z Garbowa, który chce dziś łamać 40 min, na podbiegu mijam go, pokrzykuję na niego, żeby bardziej się przyłożył. Później na zbiegu okazuje się, że miał rację oszczędzając siły. Wyprzedza mnie, ale już obok Politechniki biegniemy razem. Ciągniemy się nawzajem. Jeszcze około 3 kilometrów do mety.

Nie mam determinacji żeby się dziś ścigać. Liczę jak szybko muszę biec, żeby złamać 40 min. Wychodzi, że wystarczy biec poniżej 4:10 min/km. Mimo wszystko staram się przebierać nogami szybciej, szczególnie, że po skręcie w Piłsudskiego mamy zbieg. Wyprzedza mnie grupka biegaczy. Idą jak dobrze naoliwiona maszyna parowa. Do mety już kilometr. Muszę go zrobić w 4:25. Wiem, że się uda. Bez większej walki wbiegam na wiadukt obok Targów Lubelskich i lekko przyspieszam na zbiegu. Jeszcze 300 metrów i meta. 40 min złamane. Trochę bez historii, ale mimo wszystko jestem zadowolony, że złamałem 40 minut w ostatniej dyszce, którą biegnę w kategorii M30….

ps. ponieważ nie mam żadnego zdjęcia z wczorajszych zawodów wstawiam fotę z Kaliskiej Setki, którą udało mi się ściągnąć. Tak wygląda się za linią mety.

Dodaj komentarz