Bieganie w zimie

Przekonałem się boleśnie w ostatnich dniach, że maksyma „nic na siłę” sprawdza się również w treningu. A bieganie w zimie powinno jednak uwzględniać temperaturę.

Kiedy nastały mrozy kontynuowałem trening. Przede wszystkim dlatego, że miałem zaległości związane z wyjazdem na ferie (a ferie są tradycyjnie dla rodziny, więc wieszam buty na kołku). Wystartowałem potem prawie z marszu w Nocnej Dyszce do Maratonu i uzyskałem niezły, jak na okoliczności, wynik 39:33.

A potem jeszcze mocniej zacząłem „cisnąć” kolejne treningi. Dopóki temperatura wahała się w okolicach 0 do -5 wszystko szło dobrze. Nie ma nic faj-

niejszego niż słoneczny, łagodny zimowy dzień i wycieczka biegowa. A potem nadciągnęła „syberyjska bestia” i słupek rtęci (chociaż chyba już nie używa się termometrach rtęci?) spadł do -13 i niżej. A ja biegałem dalej, a co gorsza robiłem treningi szybkościowe i siłowe (gdzie też trzeba przyspieszyć). Kiedy w poniedziałek kończyłem serię długich (90 sek) podbiegów, wiedziałem, że może być źle. I rzeczywiście dopadło mnie gardło. A więc kolejna przerwa w treningach, podczas gdy do Półmaratonu warszawskiego coraz bliżej. Już pogodziłem się z tym, że nie będę na tych zawodach w optymalnej formie. Na szczęście do Maratonu lubelskiego jeszcze sporo czasu.

Jaki z tego morał? Bardzo prosty – warto uważać na zdrowie, bo straty mogą być dużo większe niż potencjalne zyski z odhaczonego treningu. Zbyt dużo czasu zabiera powrót do zdrowia. Warto pomyśleć o treningu uzupełniającym w domu lub bieganiu na bieżni mechanicznej. Na szczęście prognozy na nadchodzące dni są bardzo optymistyczne – temperatura powyżej zera (w końcu to już marzec!). Mam nadzieję, że już w weekend wrócę na szlak.

Dodaj komentarz