8x1km czyli umrzyj żeby żyć

W niedzielę biegnę Półmaraton Warszawski – pierwszy start w tym roku i od razu start na poważnie, na całość. Będę próbował pobiec bardzo szybko. O imprezie napiszę jeszcze kilka słów w kolejnych wpisach, ale póki co trening.

Środa przed startem, a więc czas na ostatni poważny szlif. Po nim zostaje już tylko lekkie truchtanie, rozruch. Za to dziś był czas na trening pod tzw. superkompensację. W skrócie dociskamy się jak sprężynkę, żeby w niedzielę wyskoczyć do góry. A dociśnięcie zawsze musi boleć. Miałem zaaplikowane w planie 8x1km w tempie 3:40-3:45min/km (przerwa pomiędzy powtórzeniami 150sek w marszu). Jak dla mnie to bardzo wymagający trening, z którego najbardziej lubię zakończenie – czyli moment gdy nie muszę już biec. Jestem biegaczem tego typu, że dużo łatwiej i przyjemniej pobiec mi na przykład 3x3km po 3:50min/km, niż 1km poniżej 3:40.

Cały dzień myślałem o tym co mnie czeka (też tak macie przed trudnymi jednostkami?), gdzieś tam przemykało mi przez głowę, że popołudniu będę umierał na bieżni. Do tego pogoda – deszcz i raczej niskie ciśnienie – sprawiła, że bardziej chciało mi się wskoczyć pod kołdrę niż biegać. Ale to jedna z tych jednostek, które po prostu trzeba zrobić. Nie po to męczysz się w zimie, nie po to trenujesz przez kilka miesięcy, żeby na 4 dni przed startem odpuścić najważniejszy trening. Spuściłem więc głowę, deszcz na szczęście przestał padać i zacząłem kręcić kółka na bieżni przy „Piątce”.

GPS jak zwykle pokazywał, że biegłem szybciej, niż wynika to z długości bieżni. Postanowiłem więc (co każdemu polecam) zdać się na oznaczenia i stoper. Pierwsze 3 powtórzenia wyszły dobrze i w zasadzie bez większego bólu w granicach 3:41-42. Czwarte i kolejne już ciężej. Ostatecznie tylko na jednym z nich nie udało mi się pobiec 3:45. Zrobiłem je w 3:47 – kwesta dwóch kroków. Dałem z siebie wszystko.

To taki trening, które jeszcze czuję w kościach, mimo że skończył się ponad godzinę temu. Zdążyłem już przyjąć swoją porcję węglowodanów – po prostu spaghetti z oliwą z oliwek przyprawioną chili. Proste i skuteczne. Dziś i jutro czas na odpoczynek i regenerację. Gdyby nie był to tydzień przedstartowy poszedłbym w czwartek na basen.

powered by EndomondoWP

Jedna uwaga do wpisu “8x1km czyli umrzyj żeby żyć

Dodaj komentarz