6. Maraton lubelski, którego nie było

  6. Maraton lubelski za nami. Dla mnie to był ważny bieg – jak wiecie trenowałem do niego od końca 2017 roku.  Okazał się średnio udany jeśli chodzi o wynik, ale fantastyczny pod względem przeżyć i doświadczeń. Jak zwykle było warto.  I to dobra okazja, żeby ogłosić również początek mojej zbiórki w ramach akcji #BiegamDobrze .
Przed startem

Wszystko zapowiadało, że będzie ciepło. Jeszcze przed wyjściem z domu łudziłem się, że może pierwsza połowa dystansu minie nam w porannym rześkim chłodzie, jednak gdy tylko wyszedłem przed blok poczułem na karku gorące promienie słońca.  I błękitne niebo – bez ani jednej chmurki. „Za to zdjęcia wyjdą pięknie” – powiedział mi niezawodny dyrektor Maratonu lubelskiego Piotr Kitliński. „Tylko po co mi zdjęcia z porażki” – pomyślałem.

Przed startem jak zwykle. Rozmowy ze znajomymi – głównie o pogodzie… Kiedy szedłem ustawić się w grupie jak spod ziemi wyrosła Dorota Gruca – spotkania z nią to zawsze czysta przyjemność. Dla mnie to legenda, z którą miałem zaszczyt biec w 1. Maratonie Lubelskim (biegliśmy jeszcze w jednym do połowy. Nie potrafię sobie przypomnieć, który to był – doskonale pamiętam za to dokąd dobiegliśmy i gdzie się pożegnaliśmy – pamięć działa w dziwny czasem sposób). Dorota wygrała Bieg Koziołka.

Na linii startu widzę małą grupę obcokrajowców. Litwini, którzy pytają o zająca na trzy godziny. Jest tu taki jeden – Darek Listopad – który dałby radę, ale dziś prowadzi na 3:15.  Mówię mu, że być może będzie mnie zbierał z trasy. Nagle strzał startera i biegniemy.

Do Zalewu

Po wybiegnięciu z pięknego stadionu rozgrywa się dramat, o którym jeszcze nie wiemy. Ludzie prowadzący bieg mylą się i wielką grupą maratończyków oraz uczestników Biegu Koziołka (wspólny start to jeden z najsłabszych punktów Maratonu lubelskiego) skracamy trasę o jakieś 400-500 metrów. Widać to potem na każdym kilometrze (znaczniki ustawione świetnie, ale my pobiegliśmy źle), widać na mecie (przebiegłem 41,93 km). Ostatecznie Organizatorzy przyznają, że wzięliśmy udział w maratonie, którego nie było. Zachowali się świetnie przyznając się do błędu. Zdarza się, wybaczam, ale gdybym zrobił życiówkę, czy pobiegł wyjątkowo dobrze czułbym większą złość.

Poza tym nieodkrytym jeszcze dramatem nie dzieje się nic. Gawędzimy. Na Zemborzyckiej biegnę z Jackiem Zającem – moim corocznym rywalem z Półmaratonu Chmielakowego. To on wygrywa tam od lat klasyfikację samorządowców i dziś też widać, że jest piekielnie mocny. Ja doskonale wiem, że moje plany złamanie trzech godzin można wsadzić między bajki. Jest gorąco i mimo że biegniemy dość swobodnie po 4:15 min/km (czasem lekko wolniej, czasem szybciej), to wiem, że jest to zbyt wolno. Wiem, że nie będę w stanie przyspieszyć, a prawdopodobnie z czasem będę musiał zwolnić.

Dwie pętle wokół Zalewu

Kiedy wbiegam nad Zalew słyszę z daleka doping. To Biegający Świdnik. Mają wodę i głośnie gardła. Niesie. Gdyby ustawić ich wzdłuż całej trasy na pewno pobiegłbym lepiej, na pewno wszyscy pobiegliby lepiej. Póki co biegnę, ale z każdym kilometrem widzę, że moi kompani są silniejsi. Nie przejmuję się tym, bo wiem, że nie z nimi dziś rywalizuję. Michał Borowiec, który dotychczas trzymał się kilka metrów za mną odpala jak rakieta – potem okaże się, że ukończy wyścig jako 5! W tych warunkach i na tej trasie zrobił fenomenalny wynik. Czapki z głów.

Jacek też przyspiesza, albo ja zwalniam. Zostaję sam i już przez cały bieg będę sam. Najgorszy odcinek to nieosłonięta ścieżka nad zalewem. Tam wciągam pierwszy żel. Piję jak szalony na każdym punkcie. Łapię tyle kubków ile się da i jeśli nie wlewam ich w siebie, to wylewam je na czapkę. Kiedy kończę pierwsze okrążenie wokół Zalewu znowu dostaję doping od Biegającego Świdnika i…. dwa kubki wody prosto na twarz. Nic mnie tak nie ochłodziło jak właśnie te kubki. Dzięki!

Na połówce (która nie jest – jak się potem okazało – połówką) łapię czas 1:29:30. To za mało, żeby złamać 3 godziny, ale w tych warunkach całkiem przyzwoicie. Na drugim kółku wyprzedzam jednego biegacza, a mnie wyprzedza dwóch prowadzonych chyba przez prywatnego zająca. Idą jak dobrze naoliwiona maszyna – ale im zazdroszczę. Zbliża się 30 kilometr, biegnę wolniej, ale wciąż na szczęście nie ma dramatu. To jest w całym biegu pocieszające – nie było wielkiego cierpienia, nie było dramatu, po prostu zwolniłem, ale konsekwentnie biegłem do przodu.

Ścieżką na metę

Jeszcze przed zbiegiem na ścieżkę prowadzącą na metę (ostatnie 8 km) słyszę „Osina!”. Domyślam się kto to i po kolejnym punkcie z wodą widzę Michała, Agatę i ich dzieciaki. Kibicują, dają siłę – w zeszłym roku, kiedy ich spotkałem na trasie byłem w opałach. Teraz po prostu jest mi ciężko, ale cisnę. Widzę przed sobą biegacza, jest daleko i myślę w tamtym momencie, że fajnie by było wyprzedzić go gdzieś przed metą.

Póki co jednak słyszę, że to mnie ktoś wyprzedza. I rzeczywiście za chwilę łyka mnie biała koszulka. Ale biegacz przede mną jest coraz bliżej i w pewnym momencie się ogląda. Wtedy już wiem, że go wyprzedzę. Pamiętajcie – jeśli macie ochotę ścigać się na trasach biegów długodystansowych nigdy nie oglądajcie się za siebie. Chyba, że macie dużo siły żeby przyspieszyć. Wyprzedzam, a przed sobą widzę kolejnego biegacza. Ten idzie. Pytam czy wszystko ok – mówi, że tak. Biegnę dalej.

Już mi się nie chce. Wiadomo. Do mety jeszcze kilka kilometrów, a słońce piecze coraz bardziej. Do tej pory zjadłem 3 żele, kilka tabletek dextrozy i dwa kawałki banana. Mam jeszcze żel, ale bardzo mi się nie chce go jeść. Żele są słodkie, a ja mam dość słodkiego. Jest gorąco. Czasem na punktach pijam też słodki izotonik. Ale tutaj pomaga mi doświadczenie, które w moim przypadku jest jednoznaczne: jeśli nie chce ci się jeść na maratonie, to nie oznacza, że nie potrzebujesz jedzenia. Zmuszam się i wciągam ostatni żel. Myślę, że zadziałał na dwóch ostatnich kilometrach, kiedy go potrzebowałem.

Magia i finisz

Maraton lubelski jest specjalny. Także dlatego, że w Warszawie nikt nigdy nie dał mi coli. Pewnie nie pamiętacie mojego wpisu sprzed roku? Pisałem w nim o chłopaku i dziewczynie, którzy stali przy trasie i dali mi colę. Pomogła wtedy. W tym roku wyrośli mi jak spod ziemi. Dziewczyna z chłopakiem. Dziewczyna z kubkiem coli, która powiedziała „Witamy po roku!”. Tym razem nie cola pomogła (choć była pyszna), ale fajne wspomnienie i sytuacja – wiadomo, końcówkę biegamy głową. Wielki ukłon dla nich. Jak dorosnę też chcę być jak oni…

Kiedy wbiegam pod górkę na Nadbystrzyckiej widzę zieloną koszulkę – 400-500m przede mną. To jeden z Litwnów, którzy szukali zająca na 3 godziny. Znów myślę jak fajnie byłoby go wyprzedzić. Cisnę ile mogę – niestety mogę już niewiele. W tej chwili to jakieś 4:30 min/km, czasami wolniej. Ale biegnę w miarę równo i to jest klucz. Zielona koszulka zbliża się. A nagle pojawia się kolejny biegacz, który idzie. A więc następnych dwóch za mną, a nie przede mną.

Mijam Pawła Wysockiego – Lubelskiego Biegacza, który tym razem spaceruje po trasie i kręci filmiki.   Mówi, że już niedaleko. No przecież wiem, ale rzecz w tym, żeby być na mecie jak najszybciej. Żeby cieszyć się już, że nie muszę biec dalej. Jakieś  3 km przed tym punktem kolejny biegacz. To jest jednak świetna sytuacja, w której na tym etapie zawodów wyprzedzasz. Co więcej, kiedy biegnę już końcówkę, wzdłuż Bystrzycy w stronę Mostu Kultury widzę kolejnego Litwina. Przez dłuższy czas nie ogląda się za siebie, ale ja cisnę i zbliżam się. Przypominam sobie w takich chwilach, że zawsze mogę bardziej pracować rękami, a to pomaga. Przyspieszam. To jest przyjemność. Już słychać stadion, meta tuż tuż, a ja mam przed sobą kogoś do wyprzedzenia.

I udaje się. Dostrzega mnie skręcając na most. Po zbiegu z mostu, to ja uciekam jemu. I wiem, że nie muszę się oglądać. Ostatnia prosta przed stadionem. Wbiegam. Szpaler kibiców. Przede mną 300 metrów na bieżni. Wiem, że nie jest źle. 150 metrów przed metą mam jeszcze siłę żeby przyspieszyć i dopiero wtedy sprawdzam, czy ktoś mnie goni.

Wpadam na metę. 6. Maraton lubelski zaliczony. 3:03:36. Niedosyt jest, ale pogoda nie dała mi szans. Lekko kręci mi się w głowie. Jak najszybciej uciekam do szatni. Żeby wziąć zimny prysznic, żeby zdjąć buty, a przede wszystkim posiedzieć w spokoju.

W szatni ucinam pogawędkę z Alessandro. Alessandro jest z rejonu Wenecji i mówi, że nie lubi piłki nożnej (Włoch, który nie lubi piłki nożnej!). Potem okazuje się, że zajął drugie miejsce w maratonie.

Jeszcze bardzo dobry makaron i mały cebularz (jak zwykle wyśmienicie smakuje po tych tonach słodkich rzeczy na trasie!) i czekam na wyniki. Wiem tylko, że jestem 20 open i 19 wśród mężczyzn. Nie da się ukryć, że najbardziej interesowała mnie klasyfikacja M40. Okazuje się, że miałem rację. Jestem trzeci na liście! A więc brąz, który podczas dekoracji zmienia się w srebro (nagrody w Open nie dublują się z nagrodami w kategoriach) i mam swój sukces. Podium w prawdziwej kategorii wiekowej w maratonie, który ukończyło 571 osób. To jest dla mnie motywacja.

Zamiast zakończenia

Jeśli dotarliście do tego miejsca, to znaczy, że lubicie bieganie. Rozpisałem się, bo taki jest dla mnie Maraton lubelski – pełen pozytywnych emocji, zawsze z niedosytem. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w moim kalendarzu startów. Ale czas iść dalej. Na jesieni Warszawa, a gdybyście chcieli pomóc dzieciom z autyzmem, to zachęcam Was do wsparcia mojej zbiórki w ramach akcji #BiegamDobrze. Wpłaćcie kilka złotych (więcej lub mniej też się liczy!), podajecie dalej link lub po prostu pomyślcie co Wy możecie zrobić dobrego dla innych. O to chyba chodzi. Shine on!

Jedna uwaga do wpisu “6. Maraton lubelski, którego nie było

Dodaj komentarz