1. Półmaraton Lubelski

Kiedy w piątek rozpakowuję pakiet startowy (świetna koszulka!) i otwieram mapę z trasą biegu, chce mi się śmiać. Do siebie, bo na mapie wydrukowano moją sylwetkę ze zwycięskim gestem z Maratonu Lubelskiego z 2016 roku. Wtedy kończyłem naprawdę w dobrym stylu i dobrym czasie.
Miałem nie biec tych zawodów, wyskoczyły nagle – jak moje zdjęcie na tym folderze. Czuję lekki zmęczenie całym sezonem i wiem, że niewiele mogę z siebie już w tym roku wykrzesać. Niedługo przyjdzie czas odpoczynku. Trudno więc zmotywować się do wysiłku, do walki na trasie. Na szczęście wprowadzono klasyfikację drużynową i mam cel – pomóc Biegającemu Świdnikowi osiągnąć dobry rezultat. Kiedy dowiaduję się przed startem, że jestem w drużynie z dwoma silniejszymi ode mnie biegaczami mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

Start

Jest zimno. Jest jesiennie. Stoję w długiej kolejce do depozytu (o tym w post scriptum…) i może to lepiej, bo na zewnątrz jest zimno, a ja biegnę na krótko. Stajemy na starcie, praktycznie w pierwszej linii z kolegami z drużyny. Planujemy żebym trzymał się ich, chociaż doskonale wiem, że są mocniejsi. Po wystrzale rundka wokół nowego stadionu i wybiegamy na ulice Lublina.

Bieg

Pierwsze 4 kilometry łapię rytm. Każdy kilometr biegniemy lekko szybciej niż po 4 minuty. Kiedy zjawiamy się w okolicach ul. Wrotkowskiej trochę odpuszczam na podbiegu. Za wcześnie żeby walczyć i chłopaki odchodzą mnie o kilkadziesiąt metrów. Od tego momentu praktycznie biegnę sam, ale również od tego momentu konsekwentnie wyprzedzam kolejne osoby.

Trasa poprowadzona została z dużą dbałością o… kierowców. Może to i lepiej, ale my biegniemy a to ścieżką rowerową, a to uliczką osiedlową w okolicach Kruczkowskiego. Symbolem tego maratonu powinien być opadły z drzewa liść, bo pod nogami mam je chyba cały czas. Na podbiegu na Zemborzyckiej idzie mi nieźle, wyprzedzam i przypomina mi się mój gigantyczny kryzys, jaki miałem w tym miejscu na Maratonie Lubelskim.
Skręt w Diamentową. Przyspieszam, chyba znów kogoś wyprzedzam. Na punkcie zlokalizowanym na ścieżce rowerowej jem kawałek banana, popijam wodą i skręcamy w kierunku Zalewu Zemborzyckiego. Udaje mi się po drodze „łyknąć” kolejnych biegaczy. Konsekwentnie biegnę w okolicach 3:58-4:02 min/km. Podbieg pod Żeglarską też całkiem w porządku, ale zaczynam mieć w tym miejscu kryzys. Wyprzedza mnie biegacz i jak się potem okaże był to jedyny zawodnik, który mnie wyprzedził od 5 km do końca wyścigu. Widząc punkt z wodą pośpiesznie łapię swój jedyny żel i trochę chyba zbyt łapczywie go zjadam. Popijam zbyt dużą ilością wody i przez następnych 200-300 metrów odczuwam duży dyskomfort. Tempo spada o 20 sekund, do tego nawrót o 180 stopni na ścieżkę rowerową i zaraz następny zakręt (trasa była pełna takich momentów, które niestety dość mocno wybijały z rytmu).

Słyszę za sobą rower i biegaczy. Rowerzysta proponuje żebym odpoczął za plecami jednego z nich i potem zmieniał się odpoczywając w ten sposób. Żaden problem, tyle że ja mam właśnie kryzys, biegnę powoli, a nikt nie chce wyjść na prowadzenie. Mówię, że biegnę swoje i zapraszam, ale muszę lekko przyspieszyć – na długiej prostej łapię rytm i wracam do swojego tempa w okolicach 4:00 min/km. Zaczyna się naprawdę samotny bieg. Przed sobą przez jakieś 3 km nie widzę nikogo, za sobą nie słyszę nikogo. Biegnę sam, mijając od czasu do czasu spacerowiczów lub rowerzystów. W okolicach Klub Jeździeckiego na kolejnych zakrętach i pętelkach trasy mijam jeszcze jednego zawodnika i ruszam na ostatnie 3 kilometry. Walczę o utrzymanie tempa i to w zasadzie udaje się. Najwolniejszy w biegu jest kilometr 18 – biegnę go w 4:13, ale nie mogę sobie przypomnieć dziś dlaczego. Wydaje mi się, że był na nim spory podbieg i kilka „zawrotek”. 20-sty kilometr biegnę w 4:07, a 21-szy w 4:02. Przyspieszam jak mogę kiedy biegnę wzdłuż stadionu i oczywiście na finiszu. Potem okaże się, że warto było, bo wykręciłem okrągły czas 1:25:00 netto.

Sukces drużyny

Wiem, że Michał i Artur przybiegli przede mną (jak się okazało około 1,5 min szybciej!). Na mecie obserwuję jak kolejni zawodnicy Biegającego Świdnika kończą w niezłych czasach. Przy urodzinowym torcie czekamy na wyniki licząc po cichu na miejsce na podium (raczej trzecie), kiedy okazuje się, że mamy srebro! Zmarzłem czekając na wyniki i dekoracje, ale było warto. Każdy sukces jednak potrafi zmotywować, kiedy wracamy do samochodów, rozmawiamy o tym, że klub ma bardzo duży potencjał i drużynowo naprawdę możemy sporo pokazać.
Srebrna drużyna wystąpiła w składzie: Anna Psuja, Ania Jasińska, Michał Borowiec, Artur Jendrych, Łukasz Augustyniak i ja. Ale to o czym muszę tutaj napisać, to fakt, że Biegający Świdnik jest jednym z najbardziej widocznych i aktywnych klubów na Lubelszczyźnie. Naprawdę to wielka duma, że mogę być jego częścią i przyczynić się do sukcesów klubu.

Dla mnie wczorajsze zawody były ostatnim szybkim bieganiem w tym sezonie. Raczej pozytywnie oceniam swój start, chociaż nie pobiegłem na maksimum swoich możliwości. Potrzebuję już odpocząć od biegania i fizycznie i psychicznie.

PS. Trzeba napisać o depozytach… Ja skończyłem wcześnie i po kilku minutach oczekiwania odebrałem swoją torbę, ale organizatorzy zaliczyli pod tym względem wpadkę. Dużo ludzi musiało naprawdę naczekać się w kolejce (która nota bene sięgała poza budynek w pewnym momencie – a było zimno!). Rozmawiałem o tym z prezesem Fundacji i jestem pewny, że wyciągnie z tego wnioski, bo ich imprezy są organizacyjnie zazwyczaj idealne. To wpadka w kategorii, nawet Robert Lewandowski nie strzeli czasem na pustą bramkę… Ogólnie Półmaraton Lubelski był świetny i za rok trzeba koniecznie go powtórzyć (robi się tych biegów naprawdę niebezpiecznie dużo).

Jedna uwaga do wpisu “1. Półmaraton Lubelski

Dodaj komentarz