Epic fail czyli przetrenowanie istnieje.

Na wiosnę wracałem z Poznania i czułem się jak zwycięzca. Ponad 49 km w Wings for Life, 15 miejsce w Polsce i 77 na świcie. Ale przede wszystkim świetny bieg, który przez cały czas miałem pod kontrolą.
A teraz wracałem z poczuciem totalnej porażki, po najgorszym chyba maratonie od wielu lat. Wracałem rozbity, przygnębiony, z pytaniami
w głowie, na które nie miałem odpowiedzi.

Tydzień później, kiedy biegłem piąty kilometr 3. Półmaratonu lubelskiego wiedziałem już z pewnością, że nie zjadł mnie w Poznaniu stres ani choroba. Wiedziałem, że to czego doświadczyłem na maratonie, to klasyczne przetrenowanie. Podobnie jak przed tygodniem, miałem za duże tętno, biegłem za wolno i nie byłem w stanie zareagować na to, jak sprawy się mają. Tylko tym razem wiedziałem, że muszę skontrolować na trasie swoje tętno i, jeśli będzie za wysokie, zwolnić. Gdybym zrobił to na maratonie, zwyczajnie zszedłbym z trasy.

Poznański horror

Jak wyglądał mój Maraton Poznański? Można podzielić go na dwie część. Pierwsza – mniej więcej do połowy dystansu, to ciężki bieg w granicach 4:00 min/km. Do 16 km jakoś to szło, chociaż nie czułem się komfortowo. I w tym miejscu wato przypomnieć sobie prawdę, że jeśli nie czujemy się komfortowo na początku maratonu, to lepiej odpuścić. Tymczasem ja walczyłem dopóki mogłem, nie spoglądając na odczyt tętna (jak zwykle zresztą). Gdybym to zrobił, to już na rozgrzewce dostrzegłbym, że coś jest nie tak. Zobaczyłbym, że tętno jest o kilkanaście uderzeń za wysokie. Potem mogłem się zorientować, że podczas pierwszych kilometrów było wysokie jak nigdy i że cała misja zakończy się wielką porażką. Ale nie rzuciłem okiem na odczyty tętna…. Przeanalizowałem je dopiero po maratonie i jestem teraz mądrzejszy o to doświadczenie. Tyle że praca włożona w wyścig i przygotowania do niego poszła (w pewnym sensie) na marne.

Jak horror, to musi być kościotrup i przebranie 😉 – po półmaratonie w Lublinie

Nie zanudzając Was liczbami powiem tylko, że przebiegłem maraton ze średnim tempem 4:18 min/km, czyli takim, w którym na początku sezonu (bez formy) biegłem swoje drugie zakresy. Ale to średnia, z której wynika, że połowę dystansu pobiegłem nieźle (w granicach 4:00 min/km), a potem zaczął się dramat. Zaraz po połówce cierpiałem w tempie 4:20-4:30 min/km, a na ostatnich kilometrach moje cierpienie biegło w tempie poniżej 5:00 min/km, czyli wolniejszym niż pierwszy zakres. I naprawdę musiałem się do tego zmuszać i ze sobą walczyć, aby nie iść (bo jak najszybciej chciałem mieć to z głowy). Jeszcze na połowie dystansu kalkulowałem, że będzie „mała życiówka”, potem myślałem, że mimo wszystko „złamię trójkę”. W okolicach mety było mi już wszystko jedno i ostatecznie osiągnąłem jeden z gorszych wyników w maratonie (3:02). I kiedy piszę o „cierpieniu” na ostatnich kilometrach, to nie było ono związane z poczuciem porażki. Mnie ten bieg „przeczołgał” fizycznie.

Geneza porażki

Jak to się stało, że od biegania połówki we wrześniu po 3:52 min/km, spadłem z formą do ponad 4:00 min/km na „lepszej” części maratonu? Dlaczego cofnąłem się aż tak bardzo, trenując przecież bardzo solidnie cały wrzesień i październik? Teraz odpowiedź wydaje mi się oczywista i zawarta jest w jednym słowie, które często wkładałem miedzy bajki. Przetrenowanie. Nie wytrzymałem. Organizm złamał się pod ciężarem treningów i forma została zamordowana. Przez przemęczenie, przez brak regeneracji, przez głupie trzymanie się reżimu. Jeden z biegowych przyjaciół zachodził w głowę, jak osoba z tyloma sezonami na karku jak ja, mogła tego nie zauważyć? Mam tę złą (lub dobrą – to zależy od kontekstu) cechę, że jak jest coś do zrobienia, to staram się za wszelką cenę pracę wykonać. Niestety, przez to „zawziąłem” się i nie odpuściłem w zasadzie żadnego treningu (od 2 września – 44 jednostki pod rząd). Teraz dokładnie widzę jakie były pierwsze objawy przetrenowania. Zaczeło rsonąć mi tętno, spadać prędkość, a treningi porównywalne treningi stawały się cięższe. Post factum dostrzegam ten moment, w którym powinienem zareagować i trochę odpocząć. Niestety, zamiast tego, po prostu cisnąłem do celu, bo nie doświadczyłem nigdy wcześniej aż tak radykalnego (i perfidnie dyskretnego w swoim działaniu) istnienia tego zjawiska.

Moje „przetrenowanie” ma jeszcze jedno źródło: po analizie całego sezonu wiem, że popełniłem błąd w doborze intensywności treningowych. Nie zanudzając Was liczbami – biegałem I i II zakres na zbyt wysokim tętnie, co pociągnęło za sobą niewystarczającą regenerację i wyładowanie akumulatorów w okresie startowym. Wytrzymałem to na wiosnę i miałem fenomenalne efekty (co jest dla mnie jednak zagadką, ale trening wiosenny różnił się w kilku niuansach od jesiennego), jednak w drugiej części sezonu już nie dałem rady. Mądrzejszy o te wszystkie doświadczenia, z pogłębioną wiedzą o swoim organizmie zaczynam z trenerem planować ostrożnie bieganie zimowo-wiosenne. Będzie ono różniło się przede wszystkim intensywnościami treningowymi. To korekta, której jestem najbardziej ciekawy w następnym sezonie: czy biegając trochę wolniej, będę miał lepsze wyniki w maratonie?

I tak doszliśmy do końca. Najciekawszy w treningu jest sam trening – wyniki są bardzo ważne, ale sam proces dochodzenia do nich, ta układanka, która może się rozsypać przez kilka błędów, jest wbrew pozorom moim ulubionym aspektem biegania. I zamierzam ją układać co najmniej jeszcze raz od grudnia do kwietnia…